Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Rozumiem
08.11.2019

Czy warto szukać programisty za udziały? Bootstrapping - aspekty prawne

W poprzednim artykule o bootstrappingu (możecie go przeczytać klikając tutaj) opowiedziałam o tym, jakie ryzyko niesie za sobą budowa zespołu pracującego w zamian za udziały. Dzisiaj oddaję głos ekspertowi - Monice Wycykał, prawniczce startupów i IT, autorce bloga "Z prawniczego na ludzkie". Przeczytajcie jej komentarz do mojego tekstu, aby dowiedzieć się, jak nie wpakować się na minę, zatrudniając w startupie za udziały...


Nie można pomijać również pewnych kwestii prawnych, jakie najprawdopodobniej pojawią się przy bootstrappingu — i to w momencie najmniej oczekiwanym przez zakochanego w swoim pomyśle foundera. Korzystanie z zewnętrznych zasobów (np. pieniążka inwestora) zazwyczaj wymaga pewnej dyscypliny oraz uporządkowania kwestii zasadniczych: kto komu i za ile. Natomiast przy partyzanckim budowaniu startupu w oparciu o genialny pomysł, który ruszy z posad bryłę świata, istnieje dość spore ryzyko, że staniesz się bohaterem historii o nieudanym małżeństwie, gdzie w scenie finałowej wszyscy się rozchodzą w pięć stron świata, a w tle komornik wynosi Twoje meble — pomimo tego, jak romantycznie zaczynała się ta historia.

 

Dlaczego tak się dzieje…?

 

Po pierwsze, gdy człowiek wpadnie na pomysł i człowiek z tego entuzjazmu dostanie skrzydeł, stając się co najmniej F-16, nie myśli o tym, że coś może się posypać. NIE MA TAKIEJ OPCJI! Skoro już udało Ci się zebrać grupę pasjonatów, którzy są skłonni zainwestować siebie w urzeczywistnianie TWOJEJ idei, to droga nieuchronnie musi wieść w stronę sukcesu. Zaczadzenie entuzjazmem stanowczo przytępia racjonalność i trzeźwy ogląd świata u progu budowania biznesu. 

 

Po drugie, ludzie, którzy są na etapie zakochania w swoich pomysłach i perspektywach, często nie odczuwają potrzeby uregulowania wzajemnych stosunków za pomocą jakiegoś bezdusznego papieru, np. w postaci umowy założycielskiej czy jakiejkolwiek innej umowy o współpracy. To tak jak przy intercyzie: skoro decydujemy się kroczyć wspólną drogą na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie, to po co mieszać w to wszystko jakieś przyziemne kwestie majątkowe…? Przecież to taki jaskrawy brak zaufania do drugiej strony i zakładanie na wstępie, że nasze drogi jednak się rozejdą! Przecież każda ze stron dałaby sobie obciąć głowę za wierność i lojalność tej drugiej! …. przez co parę lat później biegałaby bez głowy jak kurczak po gospodarstwie.  

 

Po trzecie, bazowanie wyłącznie na własnych zasobach z natury rzeczy pociąga za sobą cięcie kosztów oraz oszczędzanie na tym, co się da, choć nie zawsze powinno — w tym na kosztach prawników. Jak wiadomo, prawnik to taki szakal, który rozszarpuje świetne pomysły, po nocach kopie małą łopatką dołki na drodze innowacji i jeszcze wystawia za to faktury… Wam nie jest potrzebny w ogóle, ponieważ jesteście wyjątkowi, wspaniali, wierni i lojalni, a jakakolwiek katastrofa może przydarzyć się innym, nie Wam. 

 

Z powyższych powodów po rzuceniu hasła „praca za udziały!” i robieniu startupu na huraaaa! mamy do czynienia z sytuacją, gdzie grupa osób działa w ramach wolnego związku, w oparciu o niezbyt przejrzyste zasady i bez zabezpieczenia podstawowych interesów czy to spółki czy pierwotnego pomysłodawcy — bo nie było motywacji, by zająć się sformalizowaniem tego związku. Jasne, że to się może udać (w końcu udało się wystrzelić samochód w kosmos, więc stworzenie startupu też wydaje się możliwe). 

 

W praktyce jednak bardzo często zaczynają ujawniać się ciemne strony bootstrappingu, związane z nadmiernym entuzjazmem i zbyt naiwnym przekonaniem, że przygruchanie wspólnika, który coś wniesie od siebie, to najlepszy pomysł, na jaki można wpaść. 


Największe fakapy wychodzą przy prawach własności intelektualnej — zwłaszcza gdy to programista po pewnym czasie postanawia wycofać się z projektu. Nie wiadomo dlaczego panuje radosne przekonanie, że jeżeli programista zobowiązuje się napisać kod dla pomysłodawcy lub spółki, której udziały otrzyma, to przecież ten kod od początku należy do pomysłodawcy lub spółki — i tylko oni mogą z niego korzystać. To samo tyczy się wszelkich innych utworów: logo, zdjęć, grafik, muzyki, tekstów — i co tam jeszcze zostało wyprodukowane na etapie zakochania. 

 

Prawda natomiast jest taka, że prawa własności intelektualnej co do zasady powstają na rzecz TWÓRCY, nie pomysłodawcy lub spółki (z niewielkimi wyjątkami, np. w odniesieniu do pracodawców zatrudniających twórców). I to twórca decyduje, czy i komu chce te prawa własności intelektualnej przekazać. W konsekwencji jeżeli zatrudniasz programistę w zamian za udziały i nawet mu te udziały dajesz zgodnie z obietnicą, to wcale nie oznacza, że Ty lub spółka posiadacie jakiekolwiek prawa do powstałego programu komputerowego i możecie z niego legalnie korzystać! Przeniesienie praw autorskich do programu komputerowego wymaga bowiem zawarcia umowy w formie pisemnej. Nie ma umowy = nie ma przeniesienia praw. A to oznacza, że zasadniczo programista może na dowolnym etapie trzasnąć drzwiami i zabrać ze sobą wszystko, co zrobił. I wykorzystać we własnym zakresie oraz zakazać Tobie lub spółce dalszego korzystania z owoców jego pracy. Dlaczego…? Bo MOŻE.

 

Gdy nie ma żadnych umów, spółka ma bardzo ograniczone pole manewru w tym zakresie — i w zależności od sytuacji musiałaby się ostro nagimnastykować, by cokolwiek uzyskać. 

 

Działanie w oparciu o bootstrapping i budowanie garażowych startupów przy pomocy przypadkowo dobranych osób, np. znudzonych życiem programistów, prowadzi również często gęsto do powstawania gremlinów w postaci spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, gdzie jest 2 wspólników i każdy posiada po 50% udziałów. Dopóki wspólnicy są zgodni i wiodą szczęśliwy żywot, to nie ma problemów z zarządzaniem, bo podejmują zgodne uchwały. Gorzej, gdy zaczynają sobie skakać do oczu. Nie trzeba znać na pamięć Kodeksu spółek handlowych ani być matematycznym orłem sokołem, aby domyślić się, że w układzie 50/50 żaden ze wspólników nie ma głosu decydującego i podjęcie jakiejkolwiek decyzji staje się z gruntu niemożliwe bez dodatkowych umów z czasu pokoju. Pojawia się klincz, z którego bardzo trudno wyjść. 

 

Nie można również pomijać, że po pewnym czasie realizacji projektu możecie pogryźć się tak mocno, że Twoim największym marzeniem staje się pozbycie wspólnika ze spółki — ale jednocześnie nie masz ochoty spędzić 25 lat, opalając się w kratkę. O ile zawarcie związku z programistą w oparciu o udziały jest szybkie jak ślub w Las Vegas (czemu służy między innymi S24), o tyle legalne pozbywanie się wspólnika może przypominać czołganie się na kolanach po drodze wysypanej szkłem. Wspólnik niekoniecznie musi mieć ochotę na zostanie pozbytym i może uważać, że on lepiej zajmie się spółką niż Ty, a do tego zrobił dla spółki znacznie więcej niż Ty, więc absolutnie nie odda ani jednego udziału. W zależności od struktury udziałowej może się okazać, że nie da się uporządkować tej sytuacji, idąc do sądu np. z pozwem o wyłączenie wspólnika. Wtedy nie pozostaje nic innego, jak usiąść i gorzko zapłakać. 

 

To tylko jedne z nielicznych problemów, jakie mogą pojawić się przy budowaniu biznesu w modelu bootstrappingowym, w oparciu o obietnicę udziałów. W fazie abstrakcyjnego pomysłu oraz budowania zespołu zaangażowanego w projekt rzeczywiście na pozór może się to wydawać najtańszym sposobem urzeczywistnienia marzeń, bez konieczności wysupływania środków np. na zatrudnienie software house’u, który zrobi, co ma zrobić, i sobie pójdzie. Życie jednak pokazuje, że takie oszczędności mogą okazać się pozorne, ponieważ ładując się w związek z przypadkowo napotkanymi osobami, bez należytego uregulowania wzajemnych praw i obowiązków przy udziale jakiegoś szakala, może okazać się, że przypłacimy to zdrowiem, czasem i znacznie większymi pieniędzmi, które trzeba będzie wydać na wyplątanie się z nieudanego małżeństwa. 
 

Monika Wycykał

Prawniczka
Autorka bloga "Z prawniczego na ludzkie"
https://www.facebook.com/zprawniczegonaludzkie/ 
Specjalistka w zakresie prawa startupów i IT
 

Udostępnij:
Martyna Jakóbczyk

Marketing Specialist

Stwórzmy razem coś niesamowitego!

Napisz do nas!